Trening w domu – najlepszy!

Trening w domu – najlepszy!

Swoją przygodę ze sportem zaczynałam jak większość dziewczyn od grupowych zajęć w klubie fitness. Potem próbowałam swoich sił na siłowni. Teraz kocham trenować w domu. Skąd biorę motywację? Ty też ją masz tylko źle szukasz. Może spróbuj mojej metody…

W zasadzie z treningiem w domu nie ma żadnego problemu. Bierzesz mate, wkładasz buty i jedziesz z tematem. No właśnie.. tylko kto ma Cię zmotywować do tego, żeby po tą matę sięgnąć? No właśnie nikt. Nikt Cię nie zmotywuje. Kiedy zaczynałam swoją przygodę z treningami stale polegałam na kimś. Umawiałam się z koleżanką jedną czy drugą i było spoko. Problem pojawiał się kiedy moja partnerka nie szła na zajęcia. Chyba nie pamiętam takiego razu kiedy poszłam sama.

Z karnetu na karnet okazywało się, że płacę za 8 czy 12 zajęć, tracę kasę a efektów nie ma. No bo sorry.. siedząc w domu trudno się spodziewać efektów. To, że kupiłam karnet nie odchudzało .. Niestety. Miałam na horyzoncie ślub a waga ani rusz (pisałam o tym > TUTAJ <). Z tygodnia na tydzień któraś z koleżanek ciągle nie mogła albo nie chciała. Któregoś dnia zaczęłam analizować po co tak właściwie jest mi potrzebna ta asysta. Droga do fitness clubu trwała jakieś 3-5 min więc o głębszych plotkach nie było mowy. Na zajęciach i tak każdy ćwiczył osobno więc nie było potrzeby chodzić parami. W drodze do domu w zasadzie miałam z nią tylko kłopot bo zawsze jechałyśmy moim samochodem i musiałam ją odwozić pod same drzwi. Plusy? Żadnych.

Kolejny karnet był kupiony już z pełną świadomością i pełnym zobowiązaniem wobec samej siebie. Będę chodzić. Tak się stało. Zrealizowałam 4 pełne dwunastowejściowe karnety. Dumna jestem z siebie nawet teraz. Pięć lat później 🙂
Złapałam bakcyla.
Było wesele, były wakacje ale bakcyl został. Nie wróciłam już do tego samego fitness clubu ale ćwiczyć nie przestałam. Z fitness clubu trafiłam do siłowni.

W tamtym czasie zaczynała się moda na kobiety rzucające żelastwem tzn. ćwiczące siłowo na wolnych ciężarach. Nie miałam w swoim gronie znajomych ani jednej koleżanki podnoszącej sztangę. Postawiłam na pomoc ze strony profesjonalisty. Wykupiłam pakiet treningów personalnych. To jedna z lepszych inwestycji w moje zdrowie jaką zrobiłam. Jedyny spory wydatek, którego nigdy nie pożałowałam. Chodziłam na siłownie 3-4 razy w tygodniu skrupulatnie realizując rozpiski trenera.  Progres był z treningu na trening. Z czasem podłapałam też temat biegania, bo jak przekonywał trener – bez aerobów ani rusz.

Lubiłam te treningi bo zawsze wychodziłam wypompowana i szczęśliwa. Dlaczego zrezygnowałam?
Kiedy trener był obok , było rewelacyjnie. Opiekował się, doradzał, zmienił ciężar na sztandze, poprawił technikę i rozśmieszył jak udawałam, że nie dam rady. Kiedy pakiet treningów się skończył chodziłam do siłowni jak robocik. Wchodziłam, robiłam co było napisane i wychodziłam. W tamtym czasie byłam w zasadzie jedyną dziewczyną ćwiczącą na cięższym sprzęcie. Jeśli jakieś inne się pojawiały to tylko pokręcić na orbitreku albo pobiegać na bieżni. Ćwicząc sama, bez trenera, zaczęłam odczuwać dyskomfort. Panowie mnie zaczepiali i chcieli pouczać wielokrotnie obalając zasady, których uczył mnie trener. Nie słuchałam ich więc spotykałam się z podśmiewaniem, że to czy tamto robię źle. Po miesiącu zrezygnowałam z siłowni.

Przez jakiś czas nie robiłam nic. Jednak nauczone do systematycznego wysiłku ciało zaczęło się domagać treningu. Nie miałam już możliwości współpracy z tamtym trenerem bo wyniósł się do innej siłowni.
Odpaliłam internet.
Jak chyba każda trafiłam na profil Ewki. Włączyłam Youtuba i zrobiłam pierwszy skalpel. I to okazało się kluczem do sukcesu. Zaraziłam się praktycznie od razu. Nie brakowało mi sztangi, nie potrzebowałam maszyn. Moje ciało stanowiło dla mnie taki opór, że priorytetem stało się poradzić sobie z własnym ciężarem a później brać się za „obcy”. Z czasem włączyłam do treningu bieganie i miałam pełen zestaw. Moim celem było zbudowanie takiej siły mięśni aby wykonać cały trening w tempie instruktora. Udało się!
Z czasem zaczęłam widzieć dużo więcej plusów ćwiczeń w domu:

  • 30 min dziennie to żadne poświęcenie czasu. Więcej marnujesz na źle zorganizowane zakupy.
  • nie musisz dbać o strój. Nikt Cię za niego nie oceni. Nie musi być markowy ani kolorowy. Wystarczą buty i cyc keep’er.
  • z maty wskakujesz prosto do wanny
  • nie tracisz czasu na dojazd do fitness clubu
  • nikt Cię nie ocenia a jedynie motywuje z ekranu TV
  • nie musisz się na tym znać, wystarczy robić to, co pokazuje instruktor
  • nie ponosisz żadnych kosztów. Raz kupioną płytę odpalasz ile razy chcesz. Jeśli nie chcesz kupować płyty możesz korzystać z darmowych treningów dostępnych w necie

W chwili obecnej moja forma jest nienaganna. Moje mięśnie są silne a kondycją mogłabym zawstydzić niejednego leniwego faceta. Z dnia na dzień staram się być lepsza. Ciągle gonię formę instruktorki z TV ale Ona ciągle mi ucieka wydając co raz to nowsze DVD. Chwała jej za to 🙂

Wiadomo jest, że nie zbuduję na takim treningu wyrzeźbionej sylwetki ale nie zależy mi na tym. Chcę aby moje ciało było mocne, mięśnie silne a kondycja pozwalająca pokonać 100 schodów bez zadyszki. Już kiedyś pisałam – wolę być większa i jędrna niż szczupła i obwisła 😉
Trening to dla mnie przyjemność – nie przymus!

Cmok ! <3

Jest 4 komentarzy dla tego artykułu
  1. zielonakaruzela-kasia na 11:51

    Z tym się zgodzę w 100% – nikt, aboslutnie nikt nie jest w stanie nas zmotywować do ćwiczeń. A najgorsze moim zdaniem jest właśnie chodzenie z kimś. Trzeba znaleźć w sobie siłę i postawić tylko na siebie – wtedy nie będzie różnicy czy ćwiczymy w domu czy w klubie fitness. Ja uwielbiam aktywność fizyczną i życia bez sportu sobie nie wyobrażam 🙂 Ćwiczyłam w domu przez niecałe 2 miesiące ale niestety bardzo szybko się znudziłam tymi samymi zestawami ćwiczeń – w każdym razie jest to jak najbardziej wykonalne 🙂 A jeśli ktoś chce ćwiczyć to nic nie stanie mu na przeszkodzie 🙂

  2. Lilok says na 20:27

    Próbowałam róznych form aktywności, nie ćwiczę już dla sylwetki (pisze już,bo kiedyś chciałam schudnąć jakieś 5 kg). Ćwiczę, bo mogę się w ten sposób odstresować. Mimo wszystko, wolę fitness klub. Sama nie mam takiej motywacji. Do klubu chodzę sama, nigdy nie patrzę na koleżanki, bo inaczej poszłabym raz i to byłby koniec;) Mimo wszystko, lubię zmienić otoczenie, pogadać z kimś obcym 🙂 Jakoś tak można odskoczyć od ludzi, których się widzi na co dzień 🙂 Ćwiczenie w domu na pewno nie pożera tyle czasu, ale gorzej się zebrać. Na mnie najlepszą motywacją jest plecak, który muszę cały dzień nosić 😉 (jeżdżę komunikacją miejską) i gdy już dźwigam ten plecak, to nie mam wymówek ;D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.