Skórne rewolucje – mój patent na piękną cerę

Skórne rewolucje – mój patent na piękną cerę

Nigdy nie miałam problemów z cerą. Wiele dziewczyn mi zazdrościło, bo borykały się z wypryskami w różnych fazach cyklu i na różnych etapach życia. Nie dotyczyło mnie to. Aż do czasu..

Przełomem w karierze mojej ślicznej cery okazała się operacja tarczycy. Wszyscy lekarze zapewniali, że sztuczna suplementacja hormonów tarczycy to rewelacyjne rozwiązanie. Nie mylili się. Od pierwszej tabletki spasowała mi dawka. Nigdy nie borykałam się z przykrymi sytuacjami dotyczącymi wahań w hormonach. Żadnej nadwagi, opuchlizny, wypadających włosów – nic. Cieszyłam się, bo wiem, że Panie mające problemy z tarczycą często tyją. Oczywiście to nie wina tarczycy a apetytu, ale o tym w innym poście.

Oprócz maniakalnego dbania o zdrowie fizyczne, psychiczne, kondycję i relacje z najbliższymi w zasadzie nic się nie zmieniło. Wycieli, zaszyli i żyłam sobie z dnia na dzień…

Przerażona świadomością przyrostu wagi co dzień parzyłam w lustro i w zasadzie starałam się kontrolować swoje ciało, od szyi w dół. Przekonana i przyzwyczajona do swojej nienagannej cery, właściwie nie zwracałam na nią uwagi. Codzienna toaleta miała stały schemat: woda – tonic/mleczko – krem. Nie używałam żadnych skomplikowanych kosmetyków. U dermatologa raczej nie bywałam, a już na pewno nie z powodu jakichkolwiek problemów ze skórą.

Z tygodnia na tydzień perspektywa patrzenia w lustro zaczęła się zmieniać. Co raz częściej musiałam ingerować w jakieś pojedyncze przypadki wyprysków na buzi. Długi czas tłumaczyłam sobie, że a to przed miesiączką, a to po, a to po treningu itp. Olewałam temat. Pewnego dnia sytuacja się zmieniła..

Spotkałam koleżankę z czasów szkolnych. Po przywitaniu, zamiast pochwalić mnie jak to pięknie wyglądam, zadała dosyć wymowne pytanie:

Co Ci się stało z twarzą? 🙁

W pierwszej chwili nie wiedziałam o co jej może chodzić. Z minuty na minutę zaczęłam sobie uświadamiać, że przecież pamięta moją śliczną cerę z przed trzech czy czterech lat.  Pobiegałam do toalety w kawiarni i zaczęłam podchodzić co raz bliżej lustra. Na moje nieszczęście oświetlenie było wyjątkowo dobre więc widziałam wszystko!

Po powrocie do domu otwarłam album ze zdjęciami, wcale nie starymi. Cyknęłam moje „ulubione” selfie i porównując ze sobą zdjęcie z tamtych czasów i obecne, już wiedziałam co Stasia miała na myśli.

Zaczęłam oczywiście od domowej chirurgii. Po godzinie gniecenia twarzy wzdłuż i wszerz wyglądałam jakbym wróciła z ringu MMA. Przetarłam twarz staromodnym spirytusem i myślałam, że rano obudzę się z twarzą syrenki Ariel. Nie było tak. Nie wyglądałam nawet jak z bajki z pryszczatym w roli głównej. MASAKRA! Całe szczęście to był weekend, więc zabarykadowałam się w domu i czekałam aż cudowne zdolności regeneracyjne mojej cery uruchomią się.

W poniedziałek było już lepiej, chodź nie dało się ukryć, że majstrowałam w facjacie i to nie mało. Pierwsze co zrobiłam to udałam się na konsultację do dermatologa. Zlecił mnóstwo standardowych badań. Wszystkie wyniki były ok. Później zaproponował ileś kuracji z lekami specjalnie robionymi przez farmaceutę. Nic nie skutkowało. Z czasem zwątpiłam w kompetencje lekarza i znalazłam innego – jak zawsze najlepszego. Przerobiłam całą procedurę od początku. Efekt? Ten sam. Pryszcz, zaskórniak, potówka.. Nic ich nie wzruszało. Wściekła, na kolejnej wizycie (ostatniej) zapytałam, co tak właściwie mi jest i kiedy to leczenie się zakończy. Uzyskałam odpowiedź o głębszej treści – nie wiem! Najwidoczniej jeśli nie miała Pani trądziku w młodości to musi Pani go odpokutować teraz.. Być może to efekt uboczny substytucyjnego dostarczania hormonu tarczycy.. Eh.. a obiecywali, że nie będzie skutków ubocznych 🙁
Wyszłam z gabinetu oburzona..

Natychmiast odstawiłam wszystkie leki (oprócz euthyroxu). Poszłam do Rossmanna i zaczęłam penetrować wszystkie regały z kosmetykami na wypryski. Zderzyłam się ze ścianą. W całej drogerii nie było ani jednego antybakteryjnego kremu nawilżającego. ANI JEDNEGO!

Nie wiem czy wiesz, ale producenci zakładają, że osoba o suchej, wrażliwej skórze nie ma prawa mieć pryszczy!
Wszystkie kremy antybakteryjne są matujące czyli jednocześnie wysuszające. Zabójstwo dla mojej wrażliwej suchej cery.

Załamka.

Wiedziałam, że moja buzia jest uzależniona od stosowania kremu rano. Musiałam coś kupić. Zadzwoniłam do mojej „bazy wiedzy” czyt. teściowa. Poleciła mi maść z witaminą A. Zwykłą, najzwyklejszą, dostępną w każdej aptece za 2 – 3 zł. Kupiłam.

Stosowałam ją przez długi czas. Podobnie jak mój mąż. Niestety z czasem zauważyłam, że zaczęła być dla mnie za tłusta. Zmniejszyłam częstotliwość używania ale pojawił się problem, co stosować pomiędzy. Raz zaryzykowałam krem i tydzień czekałam aż twarz wróci do normy.

Któregoś dnia zaspałam do pracy. Bardzo! Tak szybko się zbierałam, że toaletę musiałam ograniczyć do bezwzględnego minimum. W połowie dnia zorientowałam się, że jestem niczym nie posmarowana. NICZYM !

Bałam się, że po południu moja buzia będzie wyglądała jak tygodniowy obierek z pomarańczy. Po powrocie do domu niemożliwie się zaskoczyłam. Moja cera była w rewelacyjnej kondycji. Zero przesuszeń, zero dyskomfortu, normalnie bajka! Wieczorem opowiedziałam tą sytuację mężowi. Jak to facet wysunął jeden prosty wniosek – nie smaruj się.

Przestałam.

Jednak nawyki zostały. Codziennie zaglądałam do lustra w poszukiwaniu nowych skórnych intruzów. Wiesz co było zaskakujące? Kiedy pozbywałam się starych, nowi nie przychodzili. Z dnia na dzień moja buzia wyglądała co raz lepiej.

Mija drugi miesiąc detoksu od kremów. Moja buzia ma się co raz lepiej. W kosmetyczce nie mam ani jednego kremu. Czasem, do zdjęć używam BB. Ale tylko dla wyrównania kolorytu. Po zdjęciach zmywam i zapominam.

Jak widzisz te wszystkie super specjalistyczne kosmetyki, nie są takie super. W moim przypadku okazały się być powodem a nie lekarstwem na skórne dolegliwości. W kolejnych postach z serii BEAUTY opowiem Ci o jeszcze większych kosmetycznych ściemach.

Nie mam na celu przekonywania Cię do odstawienia jakiegokolwiek kremu. Jeśli poprawia on Twój komfort, dobrze działa i służy Twojej skórze to po prostu stosuj. Moje zasady nie są uniwersalne. Zadziałały na mnie i mogą być dla Ciebie wskazówką, jak zacząć szukać sposobu na swoje problemy. Jeśli masz jakieś patenty na skórne rewolucje albo znasz jakieś naturalne formy pielęgnacji cery to podziel się!

Przecież my kobiety uwielbiamy o siebie dbać!

Hug! :*

Jest 3 komentarzy dla tego artykułu
  1. Katarzyna Rupniewska na 18:35

    Ja borykałam się z trądzikiem długi czas. Ciąża spowodowała, że moja cera wyglądała wyśmienicie. Niestety rok po porodzie problem powrócił. Na kosmetyki wydałam dosłownie fortunę, ale pięknie działają.
    Twojego sposobu próbowałam też u siebie, ale niestety moja cera wymaga ciągłej pielęgnacji 🙁

  2. Gender Gosposia na 19:40

    Po odbyciu X rozmów z dermatologami, kosmetologami, a nawet biologami i chemikami zgdadzam się z wnioskiem detosksowym. Co kilka miesiecy warto odstawić kosmetyk lub go zamienić na nieco inny.

  3. Wiktoria na 21:53

    W gimnazjum miałam cały zapasik kremów, toników itp. antybakteryjnych, potem twarz mi się sama oczyściła i nie używałam niczego oprócz maści cynkowej w razie potrzeby. Od 1 kl. liceum na policzku zrobił mi się „trądzik” i dermatolog przepisała mi na to maści i coś pomogło ale ślady zostały. Ostatnio zrobiły mi się jakby rumienie i „trądzik” zbladł al wciąż jest widoczny. Stosuję tylko krem nawilający na noc z Mixy i nie mam już pojęcia co z tym robić 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.