Nowa dieta – drugie komplikacje

Nowa dieta – drugie komplikacje

Trwa trzeci tydzień nowej diety. Diety, na której węglowodany są obcięte do minimum. Dla łasucha takiego jak ja to totalna rewolucja. Bez problemu potrafię ograniczyć węgle z obiadu ale z tymi z podwieczorku już jest gorzej. Dziś nadszedł ten dzień, w którym porażka była bardzo blisko.

O tym, że cukier to uzależnienie wiadomo od jakiś 10 lat. Białe kryształki w cukierniczce to nic innego jak łagodniejsza wersja niejednego dopalacza 😉 Pobudza, relaksuje, syci i smakuje. Jak mu się tu oprzeć skoro jest taki smaczny?

Wychowywałam się w świecie łakoci, gdzie czekolada w szafce była normą. Cała tabliczka na deser albo pół słoika nutelli do kawy to była norma – dla mnie nic dziwnego – tak bardzo lubię. Jednak nie lubię tych łakoci za zawarte w nich kakao czy magnez. Lubię bo mają cukier i tłuszcz!

Mój nowy jadłospis, jak wiadomo, nie zawiera cukru. Wcale !
W zasadzie żadna dieta go nie zawiera bo najzwyczajniej w świecie nie jest dobry ani zdrowy. Twojemu organizmowi nie jest do niczego potrzebny. Tylko jak bez niego żyć? Wszędzie trąbią, że cheat meal jest ok, że raz na jakiś czas można.
Ja nie mogę.
Znaczy mogę ale nie chcę.

Żyć bez słodyczy to tak samo jak bez papierosów. Palacz rzucający nałóg dobrze wie, że podobnie jak alkoholik do końca życia będzie już palaczem tylko niepalącym. Osoba uzależniona od cukru, starająca się rzucić ten nałóg ma podobnie. Łasuchem się albo jest albo nie jest. Nie można nim bywać. Ja jestem. Tak przyznaję się, jestem anonimowym łasuchem w dodatku długodystansowym. Jak siądę do czekolady to nie odejdę póki nie zjem całej…

W tym tygodniu przyszedł jakiś kryzys – walka samej z sobą. O ile zmiany wprowadzone w jadłospisie się sprawdziły o tyle przyszło ssanie na słodycze. Od samego poniedziałku w okolicach mojej pory kawowej w głowie miałam tylko czekoladki i batoniki. Mordęga. Już od obiadu walczyłam z chęcią na coś słodkiego. Tuptałam nogami, żeby jak najszybciej wrócić do domu i zjeść w końcu mój podwieczorek złożony z owoców.

Miałam nadzieję, że to tylko chwilowy kryzys i po zaspokojeniu „pypcia” solidną dawką fruktozy wszystko przejdzie. Przeszło. Na dwie godziny. Na szczęście było już późno więc szybko poszłam spać.

Problem pojawił się drugiego, trzeciego i czwartego dnia też. Codziennie tak samo a może nawet bardziej miałam ochotę na coś słodkiego. Chyba nie nadążałam liczyć sytuacji, w których byłam o krok od łakoci a jednak udało się ich nie zjeść. To była walka ze swoimi słabościami. Wiedziałam, że jeśli zjem, wszystko co wypracowałam do tej pory pójdzie na marne. Dobrze znam te wszystkie wyrzuty sumienia. Szkoda, że występują dopiero po grzeszku a nie przed…

Jeden batonik, jedno ciastko i całe dwa i pół tygodnia na marne. Nie warto. Tym bardziej, że już bliżej niż dalej do końca założonego okresu wyzwania. Zostało 1,5 tygodnia. Wytrwam!

Z jednej strony jestem z siebie dumna. Nie skusiłam się. Z drugiej strony jestem przerażona bo te cztery dni pokazały mi jak bardzo mój organizm jest od cukru uzależniony i jak duże to obciążenie dla psychiki, że masz go w zasięgu ręki a nie możesz po niego sięgnąć. To tak samo jak w okresie rzucania palenia trafić na imprezę wśród samych palaczy. Katorga…
Na szczęście dziś już jest ok. Mam nadzieję, że z dnia na dzień będzie lżej…

Zobaczymy …

PS. Wiecie, że dziś po raz pierwszy podliczyłam swój bilans kaloryczny (dzienny), który zjadam i wyszło, że pochłaniam około 2600 kcal. To wszystko z tłustych mięs, ryb, jaj, owoców, orzechów, awokado, oleju kokosowego i warzyw. Jak wspominałam w podsumowaniu pierwszych dwóch tygodni schudłam. Jak to możliwe skoro bilans kaloryczny jest na plus?

Ha!
To właśnie sekret tej diety…

 

Jest 1 komentarz dla tego artykułu
  1. Pingback: Nowa dieta – #3 tydzień – efekty | KasiaUminska.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.